niedziela, 3 stycznia 2016

Paryż-Bruksela- 7 dni - nie typowa relacja

Na początku chciałbym zaznaczyć iż tekst napisałem na przełomie Lipca/Czerwca, a więc przed zamachami w Paryżu, przed największą falą imigrantów. Nic nie modyfikowałem przed publikacją...

dodatkowo chciałbym zaznaczyć, że tekstu nie należy traktować w żadnym stopniu jako "rzetelnej" relacji z podróży. Pisząc "rzetelnej" mam na myśli standardowej relacji, która zawiera przydatne informacje, które w pigułce starają się przybliżyć dany kraj/kulturę i przygotować na wyprawę. Jest to raczej luźny tekst zawierający spostrzeżenia, zresztą bardzo indywidualne i specyficzne spostrzeżenia, które ociekają sarkazmem i ironią. Przepraszam, jeśli tekst urazi kogokolwiek.


Gdy jest plan można improwizować - cyt. Agata R.

Plan był prosty. Ona i ja, 7 dni, 2 kraje, 6 muzeów, 6 zabytków, 1 zoo. Banał. Spakowanie się, zabranie odpowiednich rzeczy- nie będę przynudzał - każdy przez to przechodził. Co może być niezwykłego w pakowaniu walizek? Standardowo nie wypakowałem połowy ciuchów jakie ze sobą wziąłem. Na lotnisku żaden z przewoźników nie mierzył naszych toreb (bagaż podręczny). Nie wnosiliśmy otwartych kosmetyków, odbezpieczonej wódki, ani narkotyków, więc problemów na odprawie nie było. Bez większych ekscesów dolecieliśmy do pierwszego punktu wyprawy - Paryża.

Pierwsze wrażenie - miasto Islamistów i Czarnych.



Dużo czytałem o Paryżu przed wylotem, zajarałem się na maksa. Ludzie straszą dzielnicą 19, Islamistami i proponującymi kokainę Murzynami. Fakt, nasza pierwsze reakcja na wejściu do metra to było przełożenie saszet na przód torsu (jak panowie parkingowi, albo na targu), jednakże muszę powiedzieć, że nie spotkała nas żadna krzywda, ni złodziejstwo. Oczywiście zapobiegawczo bardzo uważaliśmy.
Na początku miałem wrażenie, że jestem w Tunezji. Rzeczywiście dla niewprawionej w podróżach jednostki, może się wydawać, że we Francji nie ma Vanillaface. Różnica w porównaniu z taką Warszawą jest znacząca, oczywiście widziałem wiele kobiet ubranych w Hidżab (żadnej jednakże nie widziałem w Burce), oraz wielu różnorodnych kulturowo ludzi. Jednakże, już po pierwszym dniu oczy się przyzwyczaiły i zacząłem dostrzegać również rdzennych Francuzów. Nie odnotowałem przy tym żadnej nieprzyjemnej sytuacji związanej na tle rasowym/kulturowym - każde metro miało swojego dziwaka, ale była pełna różnorodność.

Paryż nie będzie czekał - zwiedzanie czas zacząć.




Kto był w Paryżu ten wie czym są Paris Museum Pass/ Paris Travel Pass. Dla nie wtajemniczonych są to karnety na muzea i transport. Powiem tak, jeżeli ktoś intensywnie chce spędzić czas w Paryżu (a my chcieliśmy) to naprawdę warto - nie ma co kalkulować, warto.

Nie da się w 3 dni zwiedzić Paryża. Wybraliśmy kilka najciekawszych punktów na mapie, które koniecznie danego dnia musimy zobaczyć. Wybieraliśmy zarówno pod względem renomy zabytku, jak i pod względem próby uniknięcia stwierdzenia "byłeś w Parisss i nie wiedziałeś XYZ?!", skupiliśmy się jednak na miejscach, które chcieliśmy zobaczyć, bo nas interesowały i są mniej lub bardziej związane z naszym zawodem.

Dodatkowo, w każdym miejscu starałem się obrać specyficzną formę rejestrowania danego zabytku i ów znajdujących się wewnątrz tegoż przybytku.
Uprzedzam. Przygotujcie się na specyficzny punkt widzenia atrakcji turystycznych. Celuję w piętę achillesa muzeów, a raczej mały palec u stopy.

W dni przeznaczone na zwiedzanie Paryża na tapetę wzięliśmy przede wszystkim największego szalonego popaprańca, którego oboje uwielbiamy - zwiedziliśmy muzeum Salvadora Dali.




Następnie standardowe zabytki: bazyliki Sacre Coeur, katedra Notre Dame, Łuk Triumfalny, kolejne były muzeum dekoracji i wzornictwa oraz muzeum mody i tekstyliów (niestety to drugie przechodziło jakąś renowację) oraz Wieża 'nie zgadniecie jaka'.


Gdzieś po drodze zaliczyliśmy muzeum Orsay. Muszę powiedzieć iż postacie z obrazów były naprawdę smutne, co nie zachęcało do dalszego zwiedzania...


... byliśmy jednak zdeterminowani i Muzeum zwiedziliśmy prawie całe.

Luwr - miejsce gdzie kapitalista z zachodu może poczuć się jak w mięsnym za czasów PRLu.

Oczywiście swój czas miał także Luwr. Luwr jaki jest, każdy wie - przechujwielki. Luwru nie da się zobaczyć całego w ciągu 1 dnia, nie da się zapewne w 3 dni, ani w tydzień. Dlatego ja wybrałem to co najlepsze.



1. Porównanie czy przypadkiem postacie na obrazach są radośniejsze niż w Muzeum Orsay.

Są dużo bardziej wesolutkie! Mój cudowny telefon uczynił samoczynnie kilkanaście zdjęć na uśmiechach holenderskiej mieszczanki uwiecznionej na XVII wiecznym płótnie. Musiałem zwiększyć wskaźnik wykrycia uśmiechu na 'bardzo wysoki'. Jakież było moje zdziwienie gdy uśmiech mienił się również na rzeźbach.


2. Śmieszne zwierzątka na obrazach. Nie wiecie jak jest ich dużo w Luwrze! Niektóre są nieco ukryte.



3. Okrucieństwa pięknie uchwycone


Widzicie te kapcie z małych Herubinków na nogach dużego Anioła?!

(po lewej Govert Flinck, po prawej Louis II Lerambert)

4. Nie mogło zabraknąć selfie z rzeźbami macedońskimi.


Generalnie w Luwrze miałem nieodparte wrażenie, że rzeźby/obrazy/eksponaty bardzo chętnie są udostępniane do selfie (ochroniarze uśmiechali się ochoczo). BA! niektóre myślę, że same by chciały zrobić sobie selfie. Zobaczcie zresztą ...





 (chłopaki ustawcie się bo Was łapię w kadr!!!)

Ta obserwacja wpłynęła na resztę wyjazdu. Gdy dotarliśmy do ostatniego punktu na nasiej paryskiej trasie - Centrum Pompidou - miałem nieodpartą rządzę robienia sobie selfie ze wszystkim ( nie ukrywam, że nie ja jeden). Niczym rodowity Japończyk, wymieniałem jedynie nośniki pamięci i aparaty cyfrowo rejestrujące obraz.


Mimo mojego kretyńskiego zachowania, dewastującego uczucia fanów modernizmu, w Centrum Pompidou zdarzyła mi się całkiem poważna, a przy tym refleksyjna obserwacja.

Wyobraźcie sobie grupę Japończyków (to nie jest trudne). Małych Japończyków - to też nie jest trudne. Okej, ale to są prawdziwie mali Japończycy, bo małe dzieci w wieku 4-6 lat (na moje niewprawione w ocenianiu wieku Azjatów oko). W grupie brzdąców - 2 dorosłych, którzy przodują. Ekipa wpada do Centrum, lata pogrzana prawie jak japoński boski wiatr, zatrzymuje się jednak na dłużej tylko przy wybranych (na moje niewprawione w ocenianiu arcydzieł modernizmu oko - najważniejszych) pracach. Przy wybranym punkcie cała grupa siada po turecku (taka zabawna sytuacja Japończycy po turecku), a następnie Pan dorosły coś tłumaczy. Oczywiście nie mam pojęcia co, równie dobrze mógłby im mówić co zjedzą na kolację, albo co będzie w 153 odcinku Tsubasy, jednak dla mnie i tak wyglądało to jakby tłumaczył im w prostych (ha! prostych jasne) słowach co widzą, czym to jest i jaki miało wpływ na sztukę... równie dobrze mogliby to być Koreańczycy.


Jednakże, czy to nie jest właściwe podejście? Przypomnijcie sobie wycieczki do muzeów w wieku szkolnym, co z nich pamiętacie? Ja z mojej wycieczki do Jasnej Góry pamiętam, że pan na bazarze wepchnął mi zestaw plastikowych żołnierzyków z flagą amerykańską, a potem Pani wychowawczyni mi pożyczała 5 zeta na malutką grającą ikonę z Matką Boską Przenajświedczą, żebym w domu nie miał hai.

Gówno pamiętam. No właśnie, może takie podejście jest właściwsze. Na wycieczkach wszyscy gonią z wywalonymi jęzorami, żeby zobaczyć przez 3 godziny jak najwięcej, a potem kolejny punkt na liście, spanie w autobusie, który jedzie w kolejne miejsce, kimanie na ławkach ustawionych na środku muzeum itd.... polskie zwiedzanie.

Bardzo mi się podobała ta grupa... przyjmijmy - Japończyków.

Po Paryżu przyszedł czas na dalszą część przygody....

Bruksella - miasto, w którym nie budują wyjść na niektórych stacjach metra (stacja: Roger).

Z Paryża wyruszyliśmy dalekosiężnym autobusem prosto do Belgii. Wysiedliśmy sobie na dworcu wchodzimy do metra, jedziemy na naszą stację gdzie blisko jest do naszego hotelu, wysiadamy z metra i co dalej? w metrze: sklepy, piekarnie, 3 poziomy, szukamy francuskiego/flamandzkiego napisu 'Wyjście'. Nie ma ?! no serio? ile można szukać wyjścia...
W końcu się udało, wydostaliśmy się mam wrażenie jakimś mega bocznym wyjściem. No nic, pierwsze wrażenie Belgia zrobiła słabe, na szczęście potem było już znacznie lepiej.



W przeciwieństwie do Paryża w Brukseli wszędzie można chodzić, a nie jeździć metrem (nie licząc może zwiedzenia Parlamentu UE i powiększonego o 165 milionów razy atomu żelaza).
W jeden dzień zobaczyliśmy wszystko z listy "byłeś w Brukselli, a nie widziałeś?!" tj.: Sikającego chłopca, Grand Palace, Partię, wąskie uliczki, katedry, kościółki itd itd.

Palais de Justice - Mekka bezdomnych

Bruksela jest naprawdę ładnym miastem, śmiało mogę powiedzieć, że stolica Belgii mnie zachwyciła. Największe zdziwienie jednak nastąpiło gdy trafiliśmy na tytułowy Pałac Sprawiedliwości. Z zewnątrz otoczony rusztowaniem - piękny, monumentalny budynek, jednakże totalnie zapomniany, zdewastowany, brudny, cuchnący...





Piękne miejsce do robienia zdjęć.

Do Belgii zawitaliśmy jednak w innym, rzekłbym bardziej infantylnym, celu...

W Brugeletcie jest ZOO, w którym mieszkają Pandy!

Tak, właściwie był to główny powód, dla którego z Paryża udaliśmy się do Brukselli, a następnie do Brugeletty. Na Pairi Daiza daliśmy sobie cały dzień. Naprawdę było warto. Zoo jest małe, ale ma swój duży urok, podzielone jest bowiem bardzo klimatycznie na kontynenty.





To by było na tyle.

Zwiedziliśmy dużo miejsc, aktywnie spędziliśmy cały tydzień, przywożąc garść pięknych wspomnień, reflekcji i zakwasy :). Widzieliśmy wiele inspirujących miejsc, muzeów, knajpek, uliczek, sklepów, witryn (o tym inny post), zabytków, kościołów, katedr itd....

Na koniec powód dla, którego lubię budowle sakralne. Amen


Dla wytrwałych garść inspirujących obrazków, bez zbędnych słów.












1 komentarz: